Czekaliśmy na ten moment niezwykle długo. „SPECTRE” zadebiutowało w kinach w listopadzie 2015 roku. Po blisko trzech latach odpoczynku jaki zaserwowali sobie (oraz odtwórcy głównej roli) producenci serii, ogłoszono wybór Danny’ego Boyla na reżysera kolejnej części, wyznaczając premierę na Październik 2019 roku. „Różnice twórcze” zadecydowały jednak o rezygnacji Boyla a 25 część Bonda trafiła w ręce Cary’ego Fukunagi. Początkowo wyznaczono nową datę premiery na luty 2020, jednak chwilę później, zmieniona została na kwiecień 2020. Kto mógł wtedy przypuszczać, że w marcu świat zderzy się z pandemią korona wirusa… COVID-19 wymusił serię kolejnych przesunięć. Najpierw na listopad 2020. Później na kwiecień 2021. W końcu na październik 2021… Po sześciu przesunięciach premiery i prawie sześciu latach oczekiwania (!), fani Bonda mogą nareszcie pójść do kin.
„Nie czas umierać” to film zamykający erę Daniela Craiga jako odtwórcy roli agenta 007. Erę, która wniosła dużo świeżości w serię, za sprawą urealnienia nie tylko akcji, ale przede wszystkim głównej postaci, pozwalając Jamesowi popełniać błędy, krwawić i… kochać.
Fabuła najnowszego filmu startuje chwilę po wydarzeniach z „SPECTRE”. Najdłuższa sekwencja przedtytułowa w dziejach serii, zapisze się również w historii jako ta najbardziej trzymająca w napięciu. Zostałem wrzucony w wir wydarzeń i czułem się jakbym sam był uczestnikiem akcji, zamiast jej obserwatorem. Taki sposób realizacji to coś zupełnie nowego jak na serię o Bondzie. Przywodzi na myśl bardziej filmy wojenne z ostatnich lat. Brzeg fotela i palpitacja serca gwarantowane, choć odbywa się to odrobinę kosztem widowiskowości.
Czołówka Kleinmana z piosenką Billie Eilish rozpoczyna się świetnie (w tym oddając hołd pierwszemu odcinkowi serii), ale niestety po chwili zaczyna razić zarówno wykorzystanymi elementami jak i samą szatą graficzną. Szkoda.
Nie zdradzając za dużo z samej historii, o której i tak wiecie już wiele, trzeba przyznać, że jest to Bond wypełniony niezwykle dużym ładunkiem emocjonalnym. Czeka Was również najwiecej akcji z dotychczasowych filmów, ale w odróżnieniu od Quantum, znalazło się tu sporo elementów wyhamowujących natłok wydarzeń na ekranie. Nie obyło się też bez kilku wyśmienitych nawiązań do poprzednich filmów z serii ❤
163 minuty pozwoliły na podarowanie czasu ekranowego wielu postaciom, z których zdecydowanie najlepiej poradziła sobie Ana De Armas. To niezwykle urocza, zabawna i niebezpieczna kobieta. Reszta wypada poprawnie, choć boli zmarnowany potencjał Primo i niesamowicie irytujący rosyjski naukowiec (jego okropny akcent dźwięczy mi w uszach do tej pory 😉 ). Blofeld to powtórka w wykonaniu Christopha Waltza. Jeśli nie podszedł Wam w „SPECTRE”, nie ma się co łudzić, że w „No Time To Die” będzie inaczej. Niestety nie jestem też przekonany co do Safina… Rami Malek, swoją grą próbował stworzyć charakterystyczną i przerażającą postać, która będzie wymieniana wśród najbardziej pamiętnych arcyłotrów z jakimi Bond miał do czynienia. W tego typu rolach bardzo łatwo o przekroczenie granicy przesady, czego Malek zdaje się kompletnie nie zauważył. Tym samym Safin w jego interpretacji ociera się o śmieszność i niewiarygodność, a przede wszystkim zupełne niedopasowanie do ery Craiga.
Charakter tekstów Phoebe Waller-Bridge jest zdecydowanie wyczuwalny w postaci Nomi i w relacjach Bond-M (co jest miłą niespodzianką). Fani „Fleabag” nie będą zawiedzeni. Jednak tu też jest druga strona medalu i nie wszystkie dialogi trzymają poziom.
Mam jeszcze problem ze zdjęciami w tym filmie. Moim zdaniem kamera jest za blisko, przez co np. sceny akcji traciły na widowiskowości (o czym wspomniałem wcześniej). Podobnie, z wolniejszymi scenami, gdzie kadry (choć nie wszystkie) w żaden sposób nie robiły wrażenia. Jakby Linus Sandgren zapomniał, że kręci kamerą IMAX. Strasznie daleko tym zdjęciom do Skyfall Deakinsa i moim zdaniem nawet do SPECTRE. Mam wrażenie, że twórcy wyszli z założenia, że z uwagi na emocjonalny poziom filmu, bardziej będzie się go przeżywać jeśli kamera będzie trzymała się non stop blisko bohaterów. Dlatego mamy ujęcia zaraz przy twarzy, za plecami czy na maskach samochodów. Oczywiście są wyjątki, ale z reguły jednak operują na zbliżeniach.
Nie oznacza to jednak, że „Nie czas umierać” jest złym filmem. Każdy fan serii znajdzie tu wiele lubianych elementów. Zdaję sobie też sprawę, że znaczna część osób da się ponieść tej historii od początku do samego końca. Ja jednak gdzieś po drodze wypadłem z trzymanego rytmu i niestety nie udało mi się wrócić na tory, które pozwoliłby odpowiednio zagrać na moich emocjach. A te, w przypadku „No Time To Die” okazały się najważniejsze.
Niezmiernie dziękuję Forum Film Poland i Cinema City Poland za nieprawdopodobnie ważny dla mnie dzień, który mogłem przeżywać w IMAX już dziś na pokazie prasowym. A obecność w fotelu obok mojego przyjaciela Marcina Tadery z niezwykle cenionego przeze mnie http://jamesbond.org.pl umiliła ten seans jeszcze bardziej. DZIĘKI!
Koniecznie wybierzcie się do kina. Mamy naprawdę wiele do omówienia.
Ps. Przepraszam za chaos… do końca tygodnia zamierzam, jeszcze 2x pojawić się w kinie, więc niewykluczone, że nieco uporządkuję moje myśli 😉
Edit: Po trzech seansach muszę przyznać, że gdy moje oczekiwania i wyobrażenia odłożone zostały już na bok – film kupił mnie w końcu na poziomie emocjonalnym i abstrahując od wszystkich jego wad, uważam „No Time To Die” za bardzo dobre zwieńczenie ery Craiga.

